"I'm sick of looking for those heroes in the sky
To teach us how to fly"
Widziałam ciemność. Gdzieniegdzie do pokoju przedostawało
się światło księżyca wpadające przez otwarte okno. Czułam wilgotne powietrze,
pod moimi nogami skrzypiała drewniana podłoga. Mimo wszystko szłam przed
siebie, wyciągałam ręce aby poczuć cokolwiek. Jakąś rzecz, ścianę, obojętnie
co. Coś, czego mogłabym się złapać. Spodziewałam się najgorszego. Małymi
kroczkami szłam przed siebie nerwowo się rozglądając. Oddychało mi się ciężko.
Pokój, w którym byłam, wydawał się nie mieć końca. Dosłownie. Miałam wrażenie,
że się nie poruszam. Pot spływał mi po czole, w oczach pojedynczo pojawiały się
łzy. Łzy bezsilności i strachu. Ogromna gula stanęła mi w gardle. Bałam się,
cholernie się bałam. Nie wiedziałam co może się stać. Tym bardziej, nie miałam
pojęcia, gdzie jestem. Nasuwały mi się tysiące myśli. Okno, przez, które
wpadało światło Księżyca, zniknęło. Wystraszona obejrzałam się za siebie, jego
już nie było. Dałabym głowę, że ono tam jeszcze, przed kilkoma minutami było.
Serce biło mi jak oszalałe, w całym pomieszczeniu było słychać tylko jego bicie
i mój ciężki oddech. Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, miałam
nadzieję, że coś zobaczę, ale nic z tego. Ciemność, ciemność i jeszcze raz
ciemność. Po chwili usłyszałam skrzypienie podłogi i ciche szepty. Nerwowo
rozejrzałam się po pomieszczeniu ale nadal nic nie widziałam. Szepty nasilały
się a z daleka dochodziło głośne szumienie wiatru, którego powiew przysporzył
mnie o mocne dreszcze. Spokojnie przeszłam następne kilka kroków, usłyszałam
płacz dziecka, cichy, jakby stłumiony. Wydawałoby się, że dziecko znajduje się w innym
pomieszczeniu. Rozłożyłam ręce aby wyczuć cokolwiek. Na moje szczęście
dotknęłam ściany, lekki uśmiech pojawił się na mojej twarzy a łza radości spłynęła
mi po policzku. Tak, radości. Cieszyłam się, że dotknęłam ściany. W tamtym
momencie to było najwspanialsze uczucie. Miałam wrażenie, że gdy będę się
poruszać względem niej, ona wskaże mi drogę do wyjścia. Wskaże mi kierunek
ucieczki z tego przeraźliwego miejsca. Chłodne łzy kolejno spadały mi na moje
odkryte ramiona. Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka a ciało przeszły
dreszcze. Nareszcie, poczułam coś metalowego z drobnymi szczegółami, bałam się
cokolwiek zrobić. Myślałam, że to pułapka. Błądząc palcami po przedmiocie
natrafiłam na sznurek i szkło, które kształtem przypominało żarówkę. Na samym
początku pomyślałam, że to kinkiet. To naprawdę ucieszyłoby mnie i dałoby
szansę na ucieczkę, wyrwanie się z tego miejsca. Gdy chciałam pociągnąć za
sznurek, płacz dziecka nasilił się. Mogłam wtedy dostrzec, że to była
dziewczynka. Miała piskliwy i przeraźliwy głos, który przysporzył mnie o
niemały ból głowy.
-Halo?! – zawołałam. Nikt nie odpowiadał ,za to dziewczynka przestała płakać, jedyne co było słychać to moje kroki i jej ciężkie oddychanie oraz pociąganie nosem. Chciałam podążać za odgłosami, ale to było trudne. Rozbrzmiewały z każdej strony, równocześnie. Zdałam się na ten krok i jednym, porywistym ruchem pociągnęłam za nitkę od metalowego przedmiotu. W jednym momencie oświetliło się całe pomieszczenie. Moim oczom ukazał się mały pokoik, bez okien. Ściany pomalowane były na bladoróżowy kolor, gdzieniegdzie farba schodziła ze ściany pozostawiając po sobie brzydkie, szare plamy. Podłoga była wyłożona drewnianymi panelami, które niemiłosiernie skrzypiały. Przede mną stało niepościelone łóżko, na którym leżała dziewczynka. Miała dwa warkocze i była ubrana w różową piżamkę. Wyglądała na około 9 lat. W rękach trzymała dużego pluszowego misia, w którego się wtulała i wylewała swoje łzy. Serce mi się kroiło, miałam ochotę ją przytulić, pogłaskać po policzku. Nie znosiłam widoku płaczących, cierpiących dzieci. Tacy mali ludzie nie zasługują, w żadnym stopniu ,na jakiekolwiek cierpienie. Gdy już chciałam do niej podejść drzwi do pokoju otworzyły się. Miałam odruch ucieczki. Jednakże nie uciekłam, pozostałam w takiej samej pozycji. Moim oczom ukazała się piękna kobieta, wyglądała na jakieś 30 lat. Była dostojnie ubrana, dokładnie uczesana ,usta miała pociągnięte czerwoną szminką. W rękach trzymała walizkę. Podeszła do łóżka, klęknęła przed nim i kciukiem prawej ręki przetarła policzek dziewczynki wpatrując się w nią jak w obrazek. Dziewczynka szlochała, nie mogła się uspokoić.
-Ja już wyjeżdżam. Nie płacz już, dobrze? Córeczko? - wpatrywała się w dziewczynkę. Ona natomiast nic nie odpowiedziała, odwróciła wzrok a potem znowu wtuliła się w swojego misia. Z trudem powstrzymywała płacz.
-Ale wrócisz? – wychlipiała dziewczynka. Matka dziewczynki odwróciła wzrok.
-Nic Ci obiecać nie mogę. Pa Nikolu – kobieta pocałowała dziewczynkę w czoło i odeszła. Dziecko położyło się na łóżku i usnęło. Być może ze zmęczenia. Ale chwila. Czy ona powiedziała , Nikola? Przecież ja miałam tak na imię. Nerwowo podeszłam do biurka stojącego obok mnie i wyciągnęłam z szafki zeszyt. Otworzyłam na pierwszą stronę. Nie mogłam w to uwierzyć. Był podpisany moim imieniem i nazwiskiem, Nikola Sawicka. Spojrzałam jeszcze raz na śpiącą dziewczynkę i uważnie jej się przyjrzałam. Dopiero teraz zauważyłam podobieństwo. Dziewczynka miała bladoniebieskie oczy i czarne włosy. Dało się też zauważyć bliznę na czole, która była schowana pod grzywką dziewczynki. Dziecko przebudziło się i nerwowo rozejrzało po pokoju.
-Mamo, mamusiu. Gdzie jesteś? – zawołała dziewczynka. Miała nadzieje, że jej mama kiedyś wróci, ale to były tylko jej nadzieje.
_______________________________
I mamy prolog! Co o nim sądzicie? :)
Pierwszy rozdział pojawi się za tydzień. Enjoy!